Kłóciłam się strasznie z Marcinem - jak to on mówi teraz, że byłam p***bana w tamtym okresie - przestałam palić z dnia na dzień - gdzie miałam za sobą pare lat palenia - i miałam zachcianki na gazowane i słodkie jak nigdy. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że jestem w ciąży, schodź było blisko miesiączki. Gdy przyjechałam do Holandii strasznie rozregulował mi się okres, to, że się spóźniał o tydzień to było normalne. Doszedł drugi tydzień, zaczęłam sie już troche obawiać. Lena nie była wpadką, już wcześniej mieliśmy rozmowę, że fajnie by było mieć dziecko. W końcu zrobiłam test i się nie myliłam.
JESTEM W CIĄŻY! Fala szczęścia a jednocześnie strachu(?) przeszła przez moje ciało. Będę miała dziecko z miłością mojego życia, nasz maleńki cud. Jednak z drugiej strony bałam się tego co ma nadejść. Zmiana dotychczasowego życia, ciała, a na dodatek w obcym kraju daleko od rodziny. W tym czasie akurat jechaliśmy do Polski. Będąc u ginekologa okazało się, że to już 9 tydzień, było widać maleńką fasolkę - NAJPIĘKNIEJSZY WIDOK - szybsze bicie serca, euforia, łzy szczęścia i termin 19 luty. Teraz już wiedziałam, że mam dla kogo żyć. Wiadomo jak to rodzice na wieść, młode dzieci bez ślubu, ale nie było źle jak przewidywałam. Wiedziałam, że jak maluch się pojawi to będzie ich oczko w głowie.
Zaczęło się. Wymiotowałam dalej niż widziałam. Co bym nie zjadła to i tak zaraz ze mnie wyleciało. Nie pomagało nic, po prostu trzeba było czekać aż ten urok ciąży przejdzie. Na dodatek wyglądałam jak jeden wielki chodzący pryszcz, a upał w tamtym momencie wcale mi nie pomagał, butelka wody wiecznie była przy mnie. Po miesiącu bycia w Polsce wróciliśmy jednak do Holandii - zastanawialiśmy się czy zostać w Polsce, bardziej ja, bo to pierwsza ciąża, normalnie bym sie dogadała w ojczystym języku.
W Holandii poszłam do polskiego ginekologa. Był to już 13 tydzień (12 + kilka dni), fasolka była większa o te kilka mm i powiedziała, że mam sie zapisać do położnej, która będzie prowadziła moją ciąże i będzie odbierać poród (tu dopiero idzie sie do położnej w 12 tyg - dopiero w tym tyg. uznają ciąże). Zrobiłam tak jak powiedziała. Zapisałam sie do uroczych pań z Team Caatje w Goudzie. Na szczęście dobrze rozmawiały po angielsku (tak, rozmawiam tu po angielsku bo tego języka samemu za cholerę się nie nauczę), a bardziej medyczne słowa tłumaczyłyśmy na translatorze. Zrobiła mi usg, gdyż nie zgadzał jej sie termin z Polski, tu wyszło 13-14luty. Też na pierwszym spotkaniu zostałam zapytana czy chce wykonać test na wykrycie chorób u małej, miałam czas na zastanowienie się - zdecydowałam, że nie, nie chciałam się zamartwiać przez cała ciąże, dziecko jakie będzie takie będzie, będę kochać je nad życie. Niestety z usg się spóźniłam (robią tu tylko w 12tyg i 20tyg., a jak chce sie więcej to na własną rękę). Do położnej chodzi się co miesiąc (końcówka ciąży co 2 tyg i co tydzień), bada ciśnienie, słucha bicia serca dziecka i sprawdza wagę matki. Podczas całej ciąży są też tylko 2 badania krwi oraz z palca bierze kropelkę krwi i sprawdza stan żelaza.
Odkąd przyjechałam, też codziennie chodziłam do pracy, ciąże nie traktują tu jak choroby i kobieta normalnie pracuje. Na macierzyńskie idzie się od 6 do 4 tyg. przed porodem. Ciąża była u mnie książka, czułam się świetnie, cieszyłam się tym stanem. Jednak wyszło tak, że musiałam zjechać do Polski sama, bez Marcina. Bałam się trochę, bo przez cały czas był przy mnie , pilnował by się nic nie stało. Pobyt w Polsce miał być krótki. Na wszelki wypadek zrobiłam w jeden dzień wszystkie badania co kobieta w Polsce ma przez całą ciąże - wszystko było w porządku. Kupiłam całą wyprawkę też w Polsce, jejku jak ja pokochałam zakupy dla małej (nadal kocham i nadal jak jest jakieś większe wyjście na zakupy to coś nowego ląduje w koszyku).
Druga część ciąży i porodu za jakiś czas, miłego czytania.
Popłakałam się, na tym i tym późniejszym poście :( <3
OdpowiedzUsuń