Wróciłam do Holandii, był to grudzień. Miałam wracać dopiero jak znajdziemy mieszkanie. Niestety były bardzo duże problemy, wszystko się opóźniało i musiałam wracać na biurowe mieszkanie. Byłam wtedy w 33 tygodniu. W końcu udało nam się coś znaleźć. Niestety w innym mieście i to tydzień przed porodem. Musiałam zmienić położną i się urządzić w mieszkaniu. Do przeprowadzki modliłam się by nie urodzić. Oszczędzałam się jak tylko mogłam. Nadszedł luty i dzień przeprowadzki, tak się cieszyłam, że będziemy we własnych 4 ścianach.
Trzy dni temu minął termin porodu, a młoda się nie pchała na ten świat. Robiłam wszystko co można by szybciej urodzić. Chodziłam po schodach (a trochę ich mam w domu), sprzątałam, czułości z narzeczonym, a ta jak siedziała tak i siedzi. Byłam już tak zmęczona i wykończona tym stanem, że modliłam się aby już wychodziła. Położna powiedziała, że na 5 dzień po upływie terminu, jak jeszcze nie urodzę, zrobi masaż szyjki macicy. Jak się o tym dowiedziałam to zrobiło mi się słabo. Czytałam, że to bardzo boli i czasem akcja porodowa występuje bardzo szybko.
Był to wtorek i zachciało mi się leczo na kapuście. Zjadłam chyba z 7 talerzy, specjalnie tyle, chciałam ją czymś wygonić z siebie. Jeszcze w ten dzień trochę posprzątałam no i poszłam spać. Obudziłam się w nocy z bólem brzucha i pogoniło mnie do toalety. Myślałam, że ten ból jest spowodowany przez kapustę. Jednak odpuściło, ale za chwile znów zaczęło mnie boleć i to jak na miesiączkę. No i znów przestało. Leżałam tak jeszcze trochę. Na początku nie miałam pojęcia, że to są skurcze, bo naprawdę delikatnie pobolewało, ale z czasem co raz to mocniej. Pamiętam te słowa jak dziś "Marcin chyba to już', a on nie spał, gdyż wrócił z pracy o 23 i nie mógł spać (tak jakby jego organizm też czuł, że to już :D). Nie wiedziałam kompletnie czy to są skurcze, nigdy przecież ich nie miałam. Włączyłam aplikacje i zaczęłam mierzyć częstotliwość. Zadzwoniłam do położnej i mówię jej, że nie jestem pewna ale chyba się już zaczęło, Marcin spanikowany biegał w tle i pakował, jeszcze przybory codzienne do torby( tu się bierze tylko ubrania dla dziecka, swoje i dla siebie potrzebne przybory toaletowa, resztę zapewnia szpital). Powiedziała mi czy mogę przyjechać do danego szpitala bo ma tu jeszcze 2 porody i by sprawdziła co się dzieje (gdyby miała wolny wieczór, przyjechałaby do mnie do domu). Nagle aplikacja mi pokazuje, że mam też jechać do szpitala. Spakowani ruszyliśmy.
Była to 4:00. Zanim doszłam na porodówkę, to nie dość, że skurcze dawały sie we znaki, to jeszcze błądziliśmy, ale w końcu trafiliśmy. Przywitała nas pielęgniarka i zaprowadziła na sale. Gdy tylko weszłam od razu poczułam się lepiej. Było bardzo przytulnie i sama świadomość tego, że już jestem pod opieką doświadczonych osób mnie rozluźniła. Pokazałam jej co ile miałam skurcze, spisała jeszcze moje dane i po chwili przyszła położna, która będzie odbierać mój poród. Sprawdziła rozwarcie - 6cm. Od razu zapytano mnie co chce cy powiedzieć czy może piłkę. Poprosiłam o szklankę wody i o nalanie wody do wanny. Gdy wszystko było gotowe, zostałam sama z Marcinem, zapalili nam świeczki i zgasili światło. Woda strasznie mi pomagała , naprawdę czułam się dobrze w wodzie. Nie powiem, że nie bolało bo jednak sie coś czuje mimo wszystko. Gdy miałam skurcz musiała być idealna cisza, gdy tylko się Marcin odezwał zaraz krzyczałam by sie zamkną. Co jakiś czas przychodziła pielęgniarka i sprawdzała bicie serca małej. Po 4 godzinach siedzenia w wannie przyszła do mnie położna sprawdzić rozwarcie. Wyjście z wody to była masakra, ale gdy tylko byłam już na łóżko to się zaczęło. Skurcze zaczęły bardzo o sobie dawać znać. Miałam już 8-9cm rozwarcie oraz przebiła mi pęcherz płodowy. Zapytała się czy chce wrócić do wanny (marzyłam o porodzie w wodzie) jednak ból tak dawał sie we znaki, że nie dałam rady wstać. Od teraz skurcze były straszne, a ja głupia zamiast oddychać (tak jak to zakładałam przed porodem ODDYCHAJ, NIE KRZYCZ poszło się walić) krzyczałam. Po paru razach zwrócenia uwagi przez położną i Marcina nauczyłam się oddychać, ale było to trudne (początek skurczu musiałam odrobinę wykrzyczeć). Miałam bóle krzyżowe, myślałam, że zaraz padnę. Położna uciskała plecy by jakoś mi ulżyć. Po chwili usłyszałam, że jak będę czuła, że zbliża się skurcz mam przeć. Traz aż wręcz prosiłam Marcina by coś mówił i mnie trzymał. Nie powiem wam jak długo to trwało, ale pod koniec o mało nie zemdlałam. Marcin mi potem opowiadał, że sam się przestraszył bo czuł jak na jego ramieniu odlatywałam. Jednak usłyszałam, że robię to dla dziecka, że już mało zostało. Zebrałam się i po chwili czułam ulgę. 8:25. Płacz. Przez pierwszą chwile widziałam jakąś siną plamę zbliżającą się do mnie, a drugie wzruszenie narzeczonego. Mała wolała Tatuśka poczuć pierwszego. Gdy Marcin chciał pomóc przy czymś dla pielęgniarki jak podawała mi malutka, to dziecina złapała go za palec. a dopiero potem ja ją poczułam. Położono mi ją na klatke piersiową. Od razu przeprosiłam Marcina za wszystkie złe słowa jakie do niego mówiłam podczas tych paru godzin i, że już nigdy więcej dzieci (teraz juz chce, ale muszę odreagować ciąże i poród, wiec za 3-4 lata można coś myśleć). Gdy łożyska też już we mnie nie było, położna zabrała się za zszywanie mnie. W moim przypadku, że zapomina się o bólu jak dziecko już jest przy tobie nie działało, było aż wręcz odwrotnie (pomimo, że dostałam zastrzyk znieczulający). Ściskałam pielęgniarkę i nawet czasem chyba krzyczałam z bólu. Miałam 4 szwy rozpuszczalne w środku i 4 o zdjęcia na zewnątrz. Gdy było po wszystkim przystawiono mi małą do piersi, zapytano nas co chcemy zjeść i po raz kolejny zostaliśmy sami. Lena nie płakała, jedynie przez chwile gdy tylko pojawiła się na tym świecie. Marcin pomógł mi przystawić ją do drugiej piersi i dalej siedzieliśmy wpatrując się w małą. Po upływie godziny, przyszły pielęgniarki, przyniosły nam jedzenie i dopiero teraz zabrały ode mnie małą by ją zbadać, ubrać itp. Ważyła 3.480g i 10/10. Nie mierzy się tu wzrostu, gdyż ponoć dla noworodków nie wolno rozprostowywać nóżek. Gdy zjedliśmy zabrano mnie pod prysznic. Posadziły mnie na krzesło i pomogły się wykąpać. Dosłownie 3 godziny po porodzie, zostałam wypisana do domu. Nie bałam się, że zostaje sam na sam z małym dzieckiem, że nic mi nie pokazano bo za 2 godziny miała przyjść do mnie pani z kraamzorgu.
To by było na tyle z mojej 9 miesięcznej przygody. Mam też dla was kilka zdjęć jak wygląda typowa holenderska porodówka i następny post będzie właśnie o pielęgniarkach połogowych (kraamzorg).
Był to wtorek i zachciało mi się leczo na kapuście. Zjadłam chyba z 7 talerzy, specjalnie tyle, chciałam ją czymś wygonić z siebie. Jeszcze w ten dzień trochę posprzątałam no i poszłam spać. Obudziłam się w nocy z bólem brzucha i pogoniło mnie do toalety. Myślałam, że ten ból jest spowodowany przez kapustę. Jednak odpuściło, ale za chwile znów zaczęło mnie boleć i to jak na miesiączkę. No i znów przestało. Leżałam tak jeszcze trochę. Na początku nie miałam pojęcia, że to są skurcze, bo naprawdę delikatnie pobolewało, ale z czasem co raz to mocniej. Pamiętam te słowa jak dziś "Marcin chyba to już', a on nie spał, gdyż wrócił z pracy o 23 i nie mógł spać (tak jakby jego organizm też czuł, że to już :D). Nie wiedziałam kompletnie czy to są skurcze, nigdy przecież ich nie miałam. Włączyłam aplikacje i zaczęłam mierzyć częstotliwość. Zadzwoniłam do położnej i mówię jej, że nie jestem pewna ale chyba się już zaczęło, Marcin spanikowany biegał w tle i pakował, jeszcze przybory codzienne do torby( tu się bierze tylko ubrania dla dziecka, swoje i dla siebie potrzebne przybory toaletowa, resztę zapewnia szpital). Powiedziała mi czy mogę przyjechać do danego szpitala bo ma tu jeszcze 2 porody i by sprawdziła co się dzieje (gdyby miała wolny wieczór, przyjechałaby do mnie do domu). Nagle aplikacja mi pokazuje, że mam też jechać do szpitala. Spakowani ruszyliśmy.
Była to 4:00. Zanim doszłam na porodówkę, to nie dość, że skurcze dawały sie we znaki, to jeszcze błądziliśmy, ale w końcu trafiliśmy. Przywitała nas pielęgniarka i zaprowadziła na sale. Gdy tylko weszłam od razu poczułam się lepiej. Było bardzo przytulnie i sama świadomość tego, że już jestem pod opieką doświadczonych osób mnie rozluźniła. Pokazałam jej co ile miałam skurcze, spisała jeszcze moje dane i po chwili przyszła położna, która będzie odbierać mój poród. Sprawdziła rozwarcie - 6cm. Od razu zapytano mnie co chce cy powiedzieć czy może piłkę. Poprosiłam o szklankę wody i o nalanie wody do wanny. Gdy wszystko było gotowe, zostałam sama z Marcinem, zapalili nam świeczki i zgasili światło. Woda strasznie mi pomagała , naprawdę czułam się dobrze w wodzie. Nie powiem, że nie bolało bo jednak sie coś czuje mimo wszystko. Gdy miałam skurcz musiała być idealna cisza, gdy tylko się Marcin odezwał zaraz krzyczałam by sie zamkną. Co jakiś czas przychodziła pielęgniarka i sprawdzała bicie serca małej. Po 4 godzinach siedzenia w wannie przyszła do mnie położna sprawdzić rozwarcie. Wyjście z wody to była masakra, ale gdy tylko byłam już na łóżko to się zaczęło. Skurcze zaczęły bardzo o sobie dawać znać. Miałam już 8-9cm rozwarcie oraz przebiła mi pęcherz płodowy. Zapytała się czy chce wrócić do wanny (marzyłam o porodzie w wodzie) jednak ból tak dawał sie we znaki, że nie dałam rady wstać. Od teraz skurcze były straszne, a ja głupia zamiast oddychać (tak jak to zakładałam przed porodem ODDYCHAJ, NIE KRZYCZ poszło się walić) krzyczałam. Po paru razach zwrócenia uwagi przez położną i Marcina nauczyłam się oddychać, ale było to trudne (początek skurczu musiałam odrobinę wykrzyczeć). Miałam bóle krzyżowe, myślałam, że zaraz padnę. Położna uciskała plecy by jakoś mi ulżyć. Po chwili usłyszałam, że jak będę czuła, że zbliża się skurcz mam przeć. Traz aż wręcz prosiłam Marcina by coś mówił i mnie trzymał. Nie powiem wam jak długo to trwało, ale pod koniec o mało nie zemdlałam. Marcin mi potem opowiadał, że sam się przestraszył bo czuł jak na jego ramieniu odlatywałam. Jednak usłyszałam, że robię to dla dziecka, że już mało zostało. Zebrałam się i po chwili czułam ulgę. 8:25. Płacz. Przez pierwszą chwile widziałam jakąś siną plamę zbliżającą się do mnie, a drugie wzruszenie narzeczonego. Mała wolała Tatuśka poczuć pierwszego. Gdy Marcin chciał pomóc przy czymś dla pielęgniarki jak podawała mi malutka, to dziecina złapała go za palec. a dopiero potem ja ją poczułam. Położono mi ją na klatke piersiową. Od razu przeprosiłam Marcina za wszystkie złe słowa jakie do niego mówiłam podczas tych paru godzin i, że już nigdy więcej dzieci (teraz juz chce, ale muszę odreagować ciąże i poród, wiec za 3-4 lata można coś myśleć). Gdy łożyska też już we mnie nie było, położna zabrała się za zszywanie mnie. W moim przypadku, że zapomina się o bólu jak dziecko już jest przy tobie nie działało, było aż wręcz odwrotnie (pomimo, że dostałam zastrzyk znieczulający). Ściskałam pielęgniarkę i nawet czasem chyba krzyczałam z bólu. Miałam 4 szwy rozpuszczalne w środku i 4 o zdjęcia na zewnątrz. Gdy było po wszystkim przystawiono mi małą do piersi, zapytano nas co chcemy zjeść i po raz kolejny zostaliśmy sami. Lena nie płakała, jedynie przez chwile gdy tylko pojawiła się na tym świecie. Marcin pomógł mi przystawić ją do drugiej piersi i dalej siedzieliśmy wpatrując się w małą. Po upływie godziny, przyszły pielęgniarki, przyniosły nam jedzenie i dopiero teraz zabrały ode mnie małą by ją zbadać, ubrać itp. Ważyła 3.480g i 10/10. Nie mierzy się tu wzrostu, gdyż ponoć dla noworodków nie wolno rozprostowywać nóżek. Gdy zjedliśmy zabrano mnie pod prysznic. Posadziły mnie na krzesło i pomogły się wykąpać. Dosłownie 3 godziny po porodzie, zostałam wypisana do domu. Nie bałam się, że zostaje sam na sam z małym dzieckiem, że nic mi nie pokazano bo za 2 godziny miała przyjść do mnie pani z kraamzorgu.
To by było na tyle z mojej 9 miesięcznej przygody. Mam też dla was kilka zdjęć jak wygląda typowa holenderska porodówka i następny post będzie właśnie o pielęgniarkach połogowych (kraamzorg).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz