Pielęgnacja zębów niemowlaka


   Pierwszy ząb jest wyczekiwany przez rodziców, a gdy już jest to panuje radość. Jednak na radości nie powinno się zatrzymywać. To właśnie od tego pierwszego ząbka musi zacząć się przygoda z szczoteczką i pastą.
   Pomimo, że ledwo go widać zacznijmy już zapoznawać dziecko z tymi rzeczami i wprowadźmy coś nowego do trybu dnia. Im szybciej zaczniemy chronić, tym mniejsza szansa na próchnice Słuchając rad koleżanek, które mają już dzieci, zaczęłam pokazywać dla Leny co to jest i co tym robimy, gdy pojawił się pierwszy mleczak.
    Będąc w biurze konsultacji, też miałam rozmowę o tym. Dostałam wskazówki, że najlepiej jest myć przed spaniem, ale już po posiłku "na dobranoc". Maluch ma się nauczyć, że to jest jego ostatnia czynność przed snem. My akurat nie mieliśmy problemu, bo moje dziecko nie potrafi spać przy piersi, więc gdy tylko się odsunie, idziemy szorować ząbale.
    Szczoteczka powinna być z bardzo miękkim, delikatnym włosiem, może być nakładana na palec rodzica albo miniaturowa wersja dla dorosłych, ab spokojnie zmieściła się w buzi dziecka. Pamiętamy, że podczas szczotkowania robimy delikatne ruchy, aby nie uszkodzić dziąseł i szkliwa. Podczas tej czynności, nie tylko chronimy ząbki ale pomagamy złagodzić ból z powodu ząbkowania. Właśnie chyba dlatego nasza córeczka to polubiła. Szczotkowanie od pierwszej chwili ją uspakaja.
    Jeżeli chodzi o pastę, my używamy bez fluoru. Postanowiłam, że jak mała nauczy się wypluwać zawartość zaczniemy używać z fluorem. Niezdrowa dawka fluoru dostarczana do organizmy, grozi m.in. odwapnieniem kości i niedoborem magnezu. Ilość jaką najlepiej użyć to wielkość ziarenka owocu porzeczki.
    Ja podzieliłam się z wami moją wiedzą, czego się dowiedziałam, co przeczytałam. Mam nadzieje, że i u was szczotkowanie to nie problem, a sama przyjemność :)

8 miesięcy Leny ❤

    Moja mała, a za razem już duża kobietka ma swoje mini święto.Kończy dziś 8 miesięcy. 8 miesięcy ogromnego szczęścia, miłości, poznawania jej i poznawania przez nią samej siebie i otaczającego świata.
    Jesteśmy na etapie raczkowania i co raz bardziej jej wychodzi oraz od wczoraj sama próbuje z podparciem stawać na nogai. Wyszła nam już dolna lewa jedynka i próbuje się nam przebić jej sąsiad. Potrafi mówić tata, czasem się wydaje jakby już świadomie kierowała te słowo do Marcina, a mama też jej czasem wyjdzie. Z dnia na dzień z jej ust wychodzą jakieś nowe dźwięki "dada", "baba" , a ostatnio nawet "nana" i "lala". Uwielbia spacery, uwielbia podziwiać to co ma wokół. Ciężko jest zwrócić jej uwagę gdy jesteśmy na spacerze. Również je już bardzo dużo rzeczy, a od ponad tygodnia stosujemy BLW i bardzo dobrze nam wychodzi wcinanie tych większych kawałków. Uwielbia pić ze słomki, a w szczególności jakieś koktajle. Na obecną chwile nie wiem ile waży ani ile ma cm bo wizytę mamy dopiero 20 października, ale gdy tylko będę wiedziała, pojawi się edit.
    Długo nas tu nie było, bo mieliśmy w sierpniu problemy z małą, miała antybiotyk, a gdy tylko zroiło się lepiej to zaczęły nam iść zęby i męczyliśmy się przez te miesiące. Dziś o dziwo jest dobrze, dziąsła nie dokuczają i właśnie śpi od godziny, więc postanowiłam, że W KOŃCU coś tu napisać. Na koniec Macie zdjęcie mojej 8 miesięcznej Księżnej.


Imprezy okolicznościowe dla dziecka

    To niesamowite jak Twoje dziecko robi/przeżywa coś po raz pierwszy. Pierwsze gaworzenie, pierwsze jedzonko, pierwsze kroki. To coś co napawa rodzica dumą i szczęściem. Są też pierwsze imprezy okolicznościowe.
    Niedługo czekają nas chrzciny. Czy robię przyjęcie na paręnaście osób? NIE! Oprócz nas, rodziców chrzestny i babć będzie jeszcze kuzynka. Restauracja? Lokal? Zwyczajny obiad i ciasto w domu. Jak dla mnie to jest coś co powinno się celebrować w zaciszu i spokoju, a nie przy muzyce i - w większości takich imprez - przy alkoholu. To jest dzień całkowicie poświęcony dla dziecka, to ono powinno być w ten dzień najważniejsze. 
    Nie jestem zwolenniczką imprez dziecięcych, gdzie znajduje się procenty. Drugą z głównych imprez na których tak jest, jest pierwszy roczek. Każdy rodzic pamięta ten dzień do końca życia. Tańce, hulańce i co jeszcze dusza zapragnie u małych, jak i u dorosłych. Czasem na ten dzień wydaje się ogrom pieniędzy, a zostają jedynie wspomnienia i kilka prezentów, z których i tak dziecko wyrośnie. Nie wiem jeszcze gdzie, ale my na roczek małej chcemy pojechać w miejsce, gdzie wszyscy będziemy mieli radoche. Przyjemnie i pożytecznie ten dzień można spędzić tylko ze swoją rodzinką.
    Nie lubię wydawać dużo pieniędzy na coś co i tak, będzie zwykła posiadówą. Zjadą się wszyscy, których i tak się widzi raz na jakiś czas, schodź są nam bliscy, pojedzą i pojadą, a my zostaniemy z mniejszą liczbą na koncie. Wole zainwestować w coś co będę widziała lub zostanie ze mną na pare lat niż na pare godzin. Dziecko tego nie będzie pamiętać, a takich dni, które są tylko raz w życiu dziecka (czasem i naszym), nie warto doprawiać imprezą.
    Wydaje mi się, że to zostało narzucone pare lat wstecz i brniemy w tym ślepo, bo tak było. My zostaliśmy wychowani na imprezach z alkoholem i nie świadomie powielamy to od naszych rodziców. Przy moim dziecku - czy w przyszłości dzieciach - na pewno tak nie będzie.
    Można przeżyć imprezę bez trunków wysoko procentowych. Ja nie pije, a mój partner od czasu do czasu. W mojej rodzinie alkohol nie będzie gościł na stole, to akurat do szczęścia nie będzie nam potrzebne.
    Nie wszyscy będą popierać moje zdanie, też się nie będą zgadzać, ale szanuje to i rozumiem. Każdy lubi celebrować w inny sposób. Krótko zwięźle i na temat. Pozdrawiam!

"Upiększanie" dziecka.

    Od razu przejdę do sedna. JESTEM NA NIE! Nie widzę potrzeby, by dla małego dziecka np. przekłuwać uszy czy też wysyłać na różne konkursy piękności. Każde dziecko wygląda przepięknie bez różnych upiększaczy.
    Jeżeli chodzi o kolczyki i dzieci. Moja Lena niedługo ma pół roku, a widziałam jak już o wiele młodsze dzieci miały kolczyki. Dla mnie to jest czyste widzimisię Mamy. Jeżeli już się do tego zabieramy, to: droga Mamo, nie przekłuwaj uszu dla dziecka u osiedlowej kosmetyczki pistoletem (tak, my też tak miałyśmy, cale szczęście, że obeszło się bez większych problemów): po pierwsze, pistolet nie mogą być poddane procesowi sterylizacji, a dezynfekcja niestety nie spełnia, takich samych wymogów. Po drugie, kosmetyczka ma tylko jeden rozmiar kolczyka, a każdy płatek ucha jest inny - nie daj Boże, ucho spuchnie za bardzo i będzie konieczne rozcinanie, żeby wyjąc kolczyk. Po trzecie, po przebiciu kolczykiem, tkanka jest rozerwana - jest różnica pomiędzy kolczykiem a igłą (każdy z nas miał pobieraną krew i widział jaki ślad zostawia). Jeżeli chcesz już to zrobić dla swojego dziecka, pójdź do salonu piercingu lub tatuażu, gdzie przekłują ucho sterylną igłą (TAK IGŁĄ), dobiorą rozmiar kolczyka i pomogą w sprawie gojenia. Dlaczego się wypowiadam na ten temat? Jestem świadomą osobą na temat modyfikacji ciała, robienia kolczyków (sama miałam robione kolczyki w baaaaaardzo różny sposób) i tatuażu - moja fascynacja tym wszystkim zaczęła się gdy miałam 10 lat, więc trochę już się znam na tym znam. Po za tym, dlaczego w ogóle chcesz to zrobić dla swojego dziecka, które nawet nie jest świadome tego co się dzieje i co w ogóle ma na uszach? Skąd wiesz, że w przyszłości będzie chciało mieć kolczyki? Skąd wiesz, że go to nie boli i czy nie przeszkadza? Ja osobiście nie widzę potrzeby. To będzie dość mocne, ale jak dla mnie, podejmowanie decyzji za drogiego człowieka (pomimo, że to słodkie małe dziecko, to jest człowiekiem!) to brak szacunku. Poczekaj aż podrośnie i świadomie podejmie decyzje, pójdź z nim, wspieraj - lepsze to niż, robienie na przekór i przez koleżankę (wiem o czym mówię :D ).
    Konkursy piękności. Makijaż, ubrane dziewczynki w strojach a'la dorosłe kobiety. RAJ DLA PEDOFILI (przepraszam, ale z tym mi się kojarzy). Zdąży się jeszcze pomalować, ubrać jak kobieta i na 100% Twoje dziecko jest piękne, nie musisz tego udowadniać nikomu, ani sobie, a tym bardziej dla dziecka, bo na wygląd to akurat raczej w takim wieku nie patrzy. Niestety to ma bardzo dużo negatywnych skutków. Dziecko, niestety stwierdzi, że jest najlepsze, najpiękniejsze i w ogóle jeszcze jakieś naj to będzie strasznie zarozumiałe, cera i skóra będzie podrażniona. Zastanów się zanim zrobisz to dla swojego dziecka.
    DAJCIE DLA DZIECKA BYĆ DZIECKIEM. Nie zdążymy się obejrzeć i zaraz one będą miały swoje dzieci.

Uderz w stół, a nożyce się odezwą.

     
    Każda z nas pewnie udziela sie na różnych forach, grupach na fb czy instagramie. Każda z nas udostępnia zdjęcia swojego dziecka na publicznych forach, pokazuje jego poczynania i czasem potrzebuje lub udziela pomocy. Powinnyśmy się wspierać, bo każda z nas chce dobra dla dziecka lub wspomóc mamy, bo macierzyństwo nie jest łatwe. 
    Opisze wam swój przykład. Jestem w jednej z grup na fb poświęconej dla mam. Odkąd tam jestem, widziałam jak mamy linczowały inne mamy za ich poczynania. Plotkowały na temat innych kobiet z innych grup i były strasznie wścibskie. Większość z mam jest tam tak przemiłych i uroczych, ale te co najczęściej się udzielają, to praktycznie są lepsze od lekarzy, psychologów, a niektóre lepsze od samych siebie. Robią z siebie idealne mamuśki, które wiedzą najlepiej co i jak. W końcu nie wytrzymałam i napisałam, parę słów o ich zachowaniu, żeby nie zapomniały po co jest ta grupa, bo NIKT NIE JEST IDEALNY.  Uderz w stół a nożyce się odezwą. Każda pisała pod postem, ze nie wie o co chodzi, niczego takiego nie zauważyły itp. Post został usunięty, myślę zabolało. Los chyba chciał jednak inaczej, pokazał ponownie jakie kobiety tam są. Znalazłam wzmiankę o mnie i o tym poście co wystawiłam. Napisałam to co wyżej i, że przesadzają i żeby wyluzowały. Wiecie co usłyszałam? Że to ja przesadzam, one czegoś takiego tu nie widzą, że to ja nie mam szacunku, obraziłam wszystkie mamy na tej grupie (to akurat było na prawdę zabawne, wspomniałam, ze niektóre tylko mają takie zachowanie). Wyraziłam swoje zdanie, chyba nikt nie miał odwag tego zrobić wcześniej i właśnie się spotkałam z tym o czym napisałam.
    Widziałam nie raz jak mamy pisały, że podawały już dziecku gdy miało 4 miesiące i zostały zlinczowane, że trzeba od 6, a za jakiś czas te same kobiety co podawały w 4m, robiły z siebie wielkie damy i pisały, że trzeba w 6, że krzywdzi swoje dziecko, że jest nieodpowiedzialna (naprawdę).
    Nie mówię, że ja jestem święta. Jeżeli widzę, ze podaje się coś dziecku w wieku 2 miesięcy lub już trzyma się go w pozycji siedzącej i podpiera poduszkami ( O ZGROZO!) to powiem swoje zdanie, jednak bez nerwów i kulturalnie. W takich sprawach trzeba, wręcz się powinno reagować bo tu chodzi o dobra dziecka.
    JEDZIEMY NA TYM SAMYM WÓZKU, POWINNYŚMY SIĘ WSPIERAĆ.
    Tak na podsumowanie. Internet to potężna moc, można być kim się chce. Ciekawe jak jest w rzeczywistości?

LUSH Love

    

    Lush to angielska firma, zajmująca się produkcją wyłącznie naturalnych kosmetyków. Substancje, które są zawarte w kosmetykach są pochodzenia roślinnego - owoce, warzywa - i naturalne oleje. Posiadają kosemtyki do ciała, twarzy, włosów i makijażu.

Ważne:
  • są robione ręcznie
  • nie są testowane ma zwierzętach
  • większość nie posiada opakowań, a jak już to  recyklingu i co ważne, że jeżeli zużyło się dany pojemnik, to można przyjść do sklepu i ponownie się go uzupełni
  • czasem zawierają prebany, sls, alkohol itp. (nie jest to idealna marka)


    Słyszałam o Lush już dawno i widziałam, różne produkty w internecie. Nie spodziewałam się, że mam tak blisko do tego sklepu. Znalazłam go przez przypadek, po zapachu. Był już tak intensywny na zewnątrz, gdy tylko weszłam do środka to aż mi się w głowie zakręciło. Fajne jest też to, że pracujący tam ludzie znają się na rzeczy. Pomogą wybrać, opowiedzą co to i jak z tego korzystać. Przy zakupie, na dany produkt jest naklejana naklejka z nazwą produktu, składem i kto ją stworzył. Forma i kształt, też jest zaskakująca ( np. żel pod prysznic/mydło jako galaretka/żelek, tabletki i proszek do mycia zębów, szampony w kostce itp.). Każdy znajdzie dla siebie coś odpowiedniego. Fajne też jest to, że posiadają w sprzedaży zrobione prezenty z ich produktami , pudełka są od razu pięknie zapakowane i ozdobione. Nie jest tego dużo, ale mężczyźni też znajdą tam coś dla siebie.

Polecam:




Tisty Tosty - kula musująca do wody - nie barwi silnie wody, tak jak inne (wydaje się być lekko żółta), ma delikatny kwiatowy zapach, posiada kwiaty, które potem pływają w wodzie.
 



Think Pink - kula musująca do wody - różowa kula = różowa woda (pokochałam róż jak zostałam mamą córeczki), uwielbiam słodkie zapachy a ta kula właśnie taka jest, a gdy się rozpuszcza w środku niej są ukryte małe serduszka, które potem towarzyszą w kąpieli (osobiście, to bawiłam się nimi i je łapałam, układałam wyrazy na ścianach wanny)



Intergalactic - kula musująca do wody - przy kupowaniu usłyszałam od ekspedientki, że to najpiękniejszy produkt jaki mają i wiecie co? ZGADZAM SIĘ W 100%. O zapachu nie powiem bo nie pamiętam, byłam zafascynowana patrzeniem się jak rozpuszcza się w wodzie. Było wiele kolorów i na dodatek woda była brokatowa (oraz ja i wanna też) i biebieska, cudowny widok, ALE niestety zawiera SLS.




Sunnyside - kostka pieniąca wodę - jeżeli ktoś kocha zapach cytrusów, polecam. Jednak też ma SLS! Woda wygląda jak płynące złoto przez brokat, nie mogłam się napatrzyć, a piana to tylko relaksacyjny dodatek.







Big - szampon - ma śmieszną konsystencje, ale po niedużej ilości się ładnie pieni, a zawarta w niej sól morska unosi włosy. Nie jest dla wszystkich bo zawiera SLS, niestety. Planuje zakupić pojemnik (nie jest to tradycyjnie szampon), bo miałam teraz na próbę tylko trochę.




Gdy tylko będą miała coś nowego i przetestuje to dam wam znać. Zachęcam do przetestowania :)

Karmienie piersią


    Jesteśmy cyckocholikami. Kocham karmić piersią i mała kocha spać, ciągać, głaskać, dotykać, ssać moje piersi. Ciesze się, że natura nam sprzyja i moge nadal moge ją karmić. To są tylko i wyłącznie nasze chwile, uwielbiam tą naszą bliskość. Mamy lato, jest cieplutko więc można karmić na świeżym powietrzu. 


    Czy karmie w miejscach publicznych? Oczywiście, że tak. Czy się wstydze? Oczywiście, że nie. Obrzydza Cię ten widok, czujesz się nieswojo? To już nie mój problem. Radze, nie zwracać uwagi dla matki karmiącej, bo jesteśmy jak lwice :)


    Ale zanim było tak pięknie, jak jest teraz przeszłam dużo bólu. Odkąd zaszłam w ciąże, wiedziałam, że będę karmić piersią. Nie ma nic lepszego niż mamine mleczko. We wcześniejszym poście pisałam co nie co o karmieniu, ale tu opisze dokładniej.
    Po porodzie dostałam małą na klatkę i po zszyciu, pielęgniarki pomogły przystawić mi małą do piersi. Leżałam może z nią tak pól godziny, no i przystawiłam do drugiej. zauważyłam na sutku - nawet nie wiem jak to opisać - pęcherzyki. Gdy tylko przyszła pielęgniarka spytałam się czy to jest normalne, dużo mi nie powiedziała, jedynie, że mam to pokazać dla pielęgniarki połogowej z kraamzorgu. Tutaj w szpitalu nie przywiązują do tego uwagi, od tego jest kraamzorg by pomógł i nauczył prawidłowo przystawiać do piersi. Wróciliśmy z małą do domu i za 2 godziny przyszła pielęgniarka. Sprawdziła małą mnie i zaczęłyśmy przygodę z karmieniem. Pierwsze co usłyszałam, że mam idealne sutki dokarmienia, że mała nie powinna mieć problemu z łapaniem. No i tak było, mała idealnie ssała, bardzo się cieszyłam. Jednak z czasem zaczęły mnie boleć sutki. Były czerwone, delikatnie poranione. Z godziny na godzinę było co raz gorzej. Na drugi dzień ból był niesamowity. Nie dość, że karmienie sprawiało ból, to obkurczająca macica powodowała, że czułam się jak podczas porodu. Zanim przystawiłam małą, musiałam wsiąść parę głębokich wdechów i dopiero dać jej sutka do ssania. Gdy już to zrobiłam to z bólu wykręcało mi nogi i pojawiały się łzy. Miałam chwile zwątpienia. Tak mnie bolało, że chciałam przestać karmić. Czułam się jak podczas porodu. Jednak pomyślałam sobie, ze jak wytrzymałam poród to i to wytrzymam. Zaczęłam smarować piersi  własnym mlekiem, na zmianę z bephantenem i wietrzyłam piersi. Na przyszłość będę wiedziała aby kupić też nakładki, aby nie szorowały sutki o materiał. Z dnia na dzień robiło sie co raz to lepiej. Cieszyłam się, że wszytko szło w dobrym kierunku, że możemy w końcu czerpać z tego przyjemność. Karmimy, aż do teraz - 17 lipca Lena, będzie miała 5 miesięcy. Mam nadzieje, że natura będzie nam sprzyjać jeszcze długo.

~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~

 A tak tworzymy, PRZYJEMNOŚCI :*

Kraamzorg/połóg

    Gdy się dowiedziałam, że w Holandii po porodzie praktycznie od razu wypisują byłam lekko zdziwiona i zaniepokojona. Przecież kto mi wytłumaczy jak zająć się mała itp. przecież, ja się nie znam, a nie mam tu nikogo, kto mi pomoże. Okazało się jednak, że po porodzie, gdy przyjeżdża do domu po paru godzinach przychodzi Pani pielęgniarka z kraamzorgu, która zajmuje się matką i dzieckiem przez cały tydzień, po 6 godzin dziennie. Sprząta, gotuje, a jeżeli ma po drodze to może nawet zrobić zakupy.
    Kraamzrog wybiera się samemu w miejscu naszego zamieszkania lub jeżeli nie ma to najbliższy jaki jest. Parę miesięcy przed przed porodem, przychodzi kobieta, która zbiera dane o nas. Od miejsca zamieszkania, po partnera i jak chcemy karmić maleństwo oraz wręcza "dzienniczek" połogu. Miałam cudowne kobietki z Kajtka (Kajtek Polski Kraamzorg).
    Gdy tylko wróciłam po porodzie z małą do domu, zadzwoniłam na numer dyżurujący kraamzorgu i usłyszałam, że za 2 godziny ktoś do mnie przyjedzie. Tak czas szybko mi minął, że nawet nie zdążyłam się obrócić i usłyszałam dzwonek do drzwi. Przywitałyśmy się i zaczęła mi wszystko tłumaczyć. Zważyła małą, zmierzyła jej temperaturę, zmieniła pampersa itp. Potem zajęła się mną, zmierzono temperaturę, sprawdziła jak obkurcza się macica i jeszcze różne inne rzeczy. Zanotowała wszystko w "dzienniczku". No i zaczęła się nasza przygoda z karmieniem. Pokazała mi jak przystawiać małą do piersi. Powiedziała, że mam idealne piersi do karmienia więc problemów nie powinniśmy mieć z tym. Zajęło ogólnie nam to wszystko godzinę, a przez resztę czasu rozmawiałyśmy, dopytywałam się jej różnych rzeczy bo sama jest mamą. Po upływie wyznaczonego czasu zostałam sama, musiałam sama dać rade, gdzie ja bez pomocy Marcina nie wstawałam z łóżka. Spięłam pośladki i powiedziała sobie, że dam rade. Karmiłam małą co 3 godziny.
    Kolejnego dnia było to samo, badała małą i mnie. Waga dla malucha ponownie spadła , ale jeszcze było w granicach. Okazało się, ze miałam olbrzymiego krwiaka i byłam strasznie opuchnięta po porodzie dlatego mnie tak bolało. Zaleciła mi robić zimne okłady, żeby jakoś sobie ulżyć, a na prawdę było ze mną ciężko, ledwo siadałam. Na wieczór zrobiłam tak jak mówiła, a na kolejny dzień już chodziłam. Za to karmienie było męką. Tak bolały mi sutki, że zanim małą przystawiłam musiałam zrobić parę głębokich wdechów, a po chwili, gdy już ssała zalewałam się łzami, bo nie dość, że bolały mi sutki to skurcze macicy były tak silne, że czułam się jakbym znów rodziła (po 4 dniach macica była juz na swoim miejscu). Momentami myślałam, żeby zacząć ją karmić butelką, jednak się nie poddałam, nie chciałam tracić tej bliskości, tych naszych i TYLKO NASZYCH momentów. Cieszyłam się, że okłady pomogły, bo przyszła na czwarty dzień też do nas pani fotograf z tego kraamzorgu, zrobić parę zdjęć. Dostaliśmy też od nich tort z gratulacjami, tak dobrego tortu NIGDY nie jadłam. W ten dzień niby wszytko pięknie ładnie, ale okazało się, ze znów dla małej waga spadła i, że będę musiała ja dokarmiać. Praktycznie się popłakałam, napłynęły mi łzy do oczu, ale nie chciałam płakać przy obcych dla mnie ludziach. Tak bardzo, chciałam karmić piersią, byłam bardzo przeciwna sztucznemu mleku, tak walczyłam sama ze sobą by karmić, a tu coś takiego. Marcin szybko pobiegł po mleko do sklepu, a my zostałyśmy i zaczęła mi tłumaczyć metody karmienia. Gdy tylko wrócił ze sklepu, nakarmiliśmy małą łyżeczką, żeby umiała ciągać pierś. Zjadła. Siedziałyśmy tak z pielęgniarką i rozmawiałyśmy i powiedziała, ze nie chce się jej wierzyć, że mała znów mała tyle schudła. Rozebrała mała jeszcze raz i postawiła wagę w innym miejscu. Przytyła, nie chudła. Przytyła! Tak sie ucieszyłam, kamień spadł mi z serca. Jestem tak jej wdzięczna, że jednak jeszcze raz ją zważyła, tak to bym tuczyła moją perełkę. Na kolejny dzień było juz dobrze, piersi nie bolały, mała znów przytyła, tylko problem z ulewaniem. Położna ustaliła, żebym karmiła ja po 7 min z każdej piersi(potem sama z siebie przeszłam na 5min bo po 7 było dalej to samo) co 2 godziny. Najgorzej było w nocy, nie zdążyłam sie położyć a znów musiałam wstać ją karmić. Jednak szybko się przyzwyczaiłam. Kolejny dzień był dniem, kiedy pobierali krew z piety dla małej. Jest to robione by wykryć rzadkie choroby. Przyszła moja położna, która odebrała poród. Sprawdziła jak moje szwy i zabrała się za małą. Nakłuła jej pietę i usłyszałam płacz. Płakałam razem z małą. Był to pierwszy widok, gdy ingerują w dziecko, a ono płacze. Taka bezradność. Gdyby tylko było można, cały ten ból jaki ona doświadcza zabrałabym i przeżyłam jeszcze z większym nasileniem, oby tylko jej nie bolało. Po wszystkim mocno ją przytuliłam.
    Kolejne dni opłynęły nam w spokoju i poznawaniu siebie. Ja sama byłam już pewniejsza, co do małej i zapewne ona też to odczuwała. Przez pierwszy miesiąc mała non stop spała, więc źle nie miałam. Sama mogłam odespać całą ciąże.
    "Dzienniczek" połogu jest podzielony na 2 części: jedna strona informacje dotyczące noworodka( lista do szpitala, potrzebne rzeczy, jak przygotować łóżeczko itp.) a druga d wypełniania przez pielęgniarkę połogową. Niżej są zdjęcia jak ten dzienniczek wygląda oraz parę innych.














Dwie kreski - poród.

    Gdy byłam w Polsce, Marcin przyjechał na tydzień. Na ten czas mieliśmy zaplanowane usg 4D. Byłam podekscytowana bo tak mało widziałam swoją kruszynkę (wtedy 6 miesiąc, a widziałam ją tylko 4 razy), a teraz nawet będę mogła zobaczyć schodź troszkę jak będzie wyglądać. Nigdy do żadnego usg nie chciała pokazać jaką ma płeć ( w 20 tyg. były podejrzenia, że to dziewczynka, ale nie do końca), a na tym usg, gdzie rodzice oczekują, że zobaczą buziunie swojego dzieciaczka to nasza gwiazda wypięła tak dupke do nas, że w 100% wiedzieliśmy, że to będzie dziewczynka, dokładnie było widać płeć. Wredota już od brzucha (teraz to szkoda gadać czasem :D ).
    Wróciłam do Holandii, był to grudzień. Miałam wracać dopiero jak znajdziemy mieszkanie. Niestety były bardzo duże problemy, wszystko się opóźniało i musiałam wracać na biurowe mieszkanie. Byłam wtedy w 33 tygodniu. W końcu udało nam się coś znaleźć. Niestety w innym mieście i to tydzień przed porodem. Musiałam zmienić położną i się urządzić w mieszkaniu. Do przeprowadzki modliłam się by nie urodzić. Oszczędzałam się jak tylko mogłam. Nadszedł luty i dzień przeprowadzki, tak się cieszyłam, że będziemy we własnych 4 ścianach. 
    Trzy dni temu minął termin porodu, a młoda się nie pchała na ten świat. Robiłam wszystko co można by szybciej urodzić. Chodziłam po schodach (a trochę ich mam w domu), sprzątałam, czułości z narzeczonym, a ta jak siedziała tak i siedzi. Byłam już tak zmęczona i wykończona tym stanem, że modliłam się aby już wychodziła. Położna powiedziała, że na 5 dzień po upływie terminu, jak jeszcze nie urodzę, zrobi masaż szyjki macicy. Jak się o tym dowiedziałam to zrobiło mi się słabo. Czytałam, że to bardzo boli i czasem akcja porodowa występuje bardzo szybko.
    Był to wtorek i zachciało mi się leczo na kapuście. Zjadłam chyba z 7 talerzy, specjalnie tyle, chciałam ją czymś wygonić z siebie. Jeszcze w ten dzień trochę posprzątałam no i poszłam spać. Obudziłam się w nocy z bólem brzucha i pogoniło mnie do toalety. Myślałam, że ten ból jest spowodowany przez kapustę. Jednak odpuściło, ale za chwile znów zaczęło mnie boleć i to jak na miesiączkę. No i znów przestało. Leżałam tak jeszcze trochę. Na początku nie miałam pojęcia, że to są skurcze, bo naprawdę delikatnie pobolewało, ale z czasem co raz to mocniej. Pamiętam te słowa jak dziś "Marcin chyba to już', a on nie spał, gdyż wrócił z pracy o 23 i nie mógł spać (tak jakby jego organizm też czuł, że to już :D). Nie wiedziałam kompletnie czy to są skurcze, nigdy przecież ich nie miałam. Włączyłam aplikacje i zaczęłam mierzyć częstotliwość. Zadzwoniłam do położnej i mówię jej, że nie jestem pewna ale chyba się już zaczęło, Marcin spanikowany biegał w tle i pakował, jeszcze przybory codzienne do torby( tu się bierze tylko ubrania dla dziecka, swoje i dla siebie potrzebne przybory toaletowa, resztę zapewnia szpital). Powiedziała mi czy mogę przyjechać do danego szpitala bo ma tu jeszcze 2 porody i by sprawdziła co się dzieje (gdyby miała wolny wieczór, przyjechałaby do mnie do domu). Nagle aplikacja mi pokazuje, że mam też jechać do szpitala. Spakowani ruszyliśmy.
    Była to 4:00. Zanim doszłam na porodówkę, to nie dość, że skurcze dawały sie we znaki, to jeszcze błądziliśmy, ale w końcu trafiliśmy. Przywitała nas pielęgniarka i zaprowadziła na sale. Gdy tylko weszłam od razu poczułam się lepiej. Było bardzo przytulnie i sama świadomość tego, że już jestem pod opieką doświadczonych osób mnie rozluźniła. Pokazałam jej co ile miałam skurcze, spisała jeszcze moje dane i po chwili przyszła położna, która będzie odbierać mój poród. Sprawdziła rozwarcie - 6cm. Od razu zapytano mnie co chce cy powiedzieć czy może piłkę. Poprosiłam o szklankę wody i o nalanie wody do wanny. Gdy wszystko było gotowe, zostałam sama z Marcinem, zapalili nam świeczki i zgasili światło. Woda strasznie mi pomagała , naprawdę czułam się dobrze w wodzie. Nie powiem, że nie bolało bo jednak sie coś czuje mimo wszystko. Gdy miałam skurcz musiała być idealna cisza, gdy tylko się Marcin odezwał zaraz krzyczałam by sie zamkną. Co jakiś czas przychodziła pielęgniarka i sprawdzała bicie serca małej. Po 4 godzinach siedzenia w wannie przyszła do mnie położna sprawdzić rozwarcie. Wyjście z wody to była masakra, ale gdy tylko byłam już na łóżko to się zaczęło. Skurcze zaczęły bardzo o sobie dawać znać. Miałam już 8-9cm rozwarcie oraz przebiła mi pęcherz płodowy. Zapytała się czy chce wrócić do wanny (marzyłam o porodzie w wodzie) jednak ból tak dawał sie we znaki, że nie dałam rady wstać. Od teraz skurcze były straszne, a ja głupia zamiast oddychać (tak jak to zakładałam przed porodem ODDYCHAJ, NIE KRZYCZ poszło się walić) krzyczałam. Po paru razach zwrócenia uwagi przez położną i Marcina nauczyłam się oddychać, ale było to trudne (początek skurczu musiałam odrobinę wykrzyczeć). Miałam bóle krzyżowe, myślałam, że zaraz padnę. Położna uciskała plecy by jakoś mi ulżyć. Po chwili usłyszałam, że jak będę czuła, że zbliża się skurcz mam przeć. Traz aż wręcz prosiłam Marcina by coś mówił i mnie trzymał. Nie powiem wam jak długo to trwało, ale pod koniec o mało nie zemdlałam. Marcin mi potem opowiadał, że sam się przestraszył bo czuł jak na jego ramieniu odlatywałam. Jednak usłyszałam, że robię to dla dziecka, że już mało zostało. Zebrałam się i po chwili czułam ulgę. 8:25. Płacz. Przez pierwszą chwile widziałam jakąś siną plamę zbliżającą się do mnie, a drugie wzruszenie narzeczonego. Mała wolała Tatuśka poczuć pierwszego. Gdy Marcin chciał pomóc przy czymś dla pielęgniarki jak podawała mi malutka, to dziecina złapała go za palec. a dopiero potem ja ją poczułam. Położono mi ją na klatke piersiową. Od razu przeprosiłam Marcina za wszystkie złe słowa jakie do niego mówiłam podczas tych paru godzin i, że już nigdy więcej dzieci (teraz juz chce, ale muszę odreagować ciąże i poród, wiec za 3-4 lata można coś myśleć). Gdy łożyska też już we mnie nie było, położna zabrała się za zszywanie mnie. W moim przypadku, że zapomina się o bólu jak dziecko już jest przy tobie nie działało, było aż wręcz odwrotnie (pomimo, że dostałam zastrzyk znieczulający). Ściskałam pielęgniarkę i nawet czasem chyba krzyczałam z bólu. Miałam 4 szwy rozpuszczalne w środku i 4 o zdjęcia na zewnątrz. Gdy było po wszystkim przystawiono mi małą do piersi, zapytano nas co chcemy zjeść i po raz kolejny zostaliśmy sami. Lena nie płakała, jedynie przez chwile gdy tylko pojawiła się na tym świecie. Marcin pomógł mi przystawić ją do drugiej piersi i dalej siedzieliśmy wpatrując się w małą. Po upływie godziny, przyszły pielęgniarki, przyniosły nam jedzenie i dopiero teraz zabrały ode mnie małą by ją zbadać, ubrać itp. Ważyła 3.480g i 10/10. Nie mierzy się tu wzrostu, gdyż ponoć dla noworodków nie wolno rozprostowywać nóżek. Gdy zjedliśmy zabrano mnie pod prysznic. Posadziły mnie na krzesło i pomogły się wykąpać. Dosłownie 3 godziny po porodzie, zostałam wypisana do domu. Nie bałam się, że zostaje sam na sam z małym dzieckiem, że nic mi nie pokazano bo za 2 godziny miała przyjść do mnie pani z kraamzorgu.

To by było na tyle z mojej 9 miesięcznej przygody. Mam też dla was kilka zdjęć jak wygląda typowa holenderska porodówka i następny post będzie właśnie o pielęgniarkach połogowych (kraamzorg).


Dwie kreski.

    Kłóciłam się strasznie z Marcinem - jak to on mówi teraz, że byłam p***bana w tamtym okresie - przestałam palić z dnia na dzień - gdzie miałam za sobą pare lat palenia - i miałam zachcianki na gazowane i słodkie jak nigdy. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że jestem w ciąży, schodź było blisko miesiączki. Gdy przyjechałam do Holandii strasznie rozregulował mi się okres, to, że się spóźniał o tydzień to było normalne. Doszedł drugi tydzień, zaczęłam sie już troche obawiać. Lena nie była wpadką, już wcześniej mieliśmy rozmowę, że fajnie by było mieć dziecko. W końcu zrobiłam test i się nie myliłam.
    JESTEM W CIĄŻY! Fala szczęścia a jednocześnie strachu(?) przeszła przez moje ciało. Będę miała dziecko z miłością mojego życia, nasz maleńki cud. Jednak z drugiej strony bałam się tego co ma nadejść. Zmiana dotychczasowego życia, ciała, a na dodatek w obcym kraju daleko od rodziny. W tym czasie akurat jechaliśmy do Polski. Będąc u ginekologa okazało się, że to już 9 tydzień, było widać maleńką fasolkę - NAJPIĘKNIEJSZY WIDOK - szybsze bicie serca, euforia, łzy szczęścia i termin 19 luty. Teraz już wiedziałam, że mam dla kogo żyć. Wiadomo jak to rodzice na wieść, młode dzieci bez ślubu, ale nie było źle jak przewidywałam. Wiedziałam, że jak maluch się pojawi to będzie ich oczko w głowie.
      Zaczęło się. Wymiotowałam dalej niż widziałam. Co bym nie zjadła to i tak zaraz ze mnie wyleciało. Nie pomagało nic, po prostu trzeba było czekać aż ten urok ciąży przejdzie. Na dodatek wyglądałam jak jeden wielki chodzący pryszcz, a upał w tamtym momencie wcale mi nie pomagał, butelka wody wiecznie była przy mnie. Po miesiącu bycia w Polsce wróciliśmy jednak do Holandii - zastanawialiśmy się czy zostać w Polsce, bardziej ja, bo to pierwsza ciąża, normalnie bym sie dogadała w ojczystym języku.
    W Holandii poszłam do polskiego ginekologa. Był to już 13 tydzień (12 + kilka dni), fasolka była większa o te kilka mm i powiedziała, że mam sie zapisać do położnej, która będzie prowadziła moją ciąże i będzie odbierać poród (tu dopiero idzie sie do położnej  w 12 tyg - dopiero w tym tyg. uznają ciąże). Zrobiłam tak jak powiedziała. Zapisałam sie do uroczych pań z Team Caatje w Goudzie. Na szczęście dobrze rozmawiały po angielsku (tak, rozmawiam tu po angielsku bo tego języka samemu za cholerę się nie nauczę), a bardziej medyczne słowa tłumaczyłyśmy na translatorze. Zrobiła mi usg, gdyż nie zgadzał jej sie termin z Polski, tu wyszło 13-14luty. Też na pierwszym spotkaniu zostałam zapytana czy chce wykonać test na wykrycie chorób u małej, miałam czas na zastanowienie się - zdecydowałam, że nie, nie chciałam się zamartwiać przez cała ciąże, dziecko jakie będzie takie będzie, będę kochać je nad życie. Niestety z usg się spóźniłam (robią tu tylko w 12tyg i 20tyg., a jak chce sie więcej to na własną rękę). Do położnej chodzi się co miesiąc (końcówka ciąży co 2 tyg i co tydzień), bada ciśnienie, słucha bicia serca dziecka i sprawdza wagę matki. Podczas całej ciąży są też tylko 2 badania krwi oraz z palca bierze kropelkę krwi i sprawdza stan żelaza.
    Odkąd przyjechałam, też codziennie chodziłam do pracy, ciąże nie traktują tu jak choroby i kobieta normalnie pracuje. Na macierzyńskie idzie się od 6 do 4 tyg. przed porodem. Ciąża była u mnie książka, czułam się świetnie, cieszyłam się tym stanem. Jednak wyszło tak, że musiałam zjechać do Polski sama, bez Marcina. Bałam się trochę, bo przez cały czas był przy mnie , pilnował by się nic nie stało. Pobyt w Polsce miał być krótki. Na wszelki wypadek zrobiłam w jeden dzień wszystkie badania co kobieta w Polsce ma przez całą ciąże - wszystko było w porządku. Kupiłam całą wyprawkę też w Polsce, jejku jak ja pokochałam zakupy dla małej (nadal kocham i nadal jak jest jakieś większe wyjście na zakupy to coś nowego ląduje w koszyku).

Druga część ciąży i porodu za jakiś czas, miłego czytania.

Witam!

     Mam na imię Sylwia i jestem mamą cudownej córki Leny. Mieszkamy razem z naszym Tatuśkiem za granicą, a mianowicie w Holandii. Założyłam tego bloga, gdyż chce z wami dzielić się tym co przeżyłam, w jakim punkcie naszego życia się znajdujemy oraz może też są tu młode mamy, które pierwszy raz są w ciąży w obcym kraju takim jak Holandia (dość specyficzny jeżeli o ciążę chodzi). Niedługo będą się pojawiać posty od początku ciąży, aż po dzisiaj. Jeżeli chcecie być z nami to bardzo dziękuję, zostawcie coś po sobie i do następnego wpisu.
© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Freepik FlatIcon