Karmienie piersią


    Jesteśmy cyckocholikami. Kocham karmić piersią i mała kocha spać, ciągać, głaskać, dotykać, ssać moje piersi. Ciesze się, że natura nam sprzyja i moge nadal moge ją karmić. To są tylko i wyłącznie nasze chwile, uwielbiam tą naszą bliskość. Mamy lato, jest cieplutko więc można karmić na świeżym powietrzu. 


    Czy karmie w miejscach publicznych? Oczywiście, że tak. Czy się wstydze? Oczywiście, że nie. Obrzydza Cię ten widok, czujesz się nieswojo? To już nie mój problem. Radze, nie zwracać uwagi dla matki karmiącej, bo jesteśmy jak lwice :)


    Ale zanim było tak pięknie, jak jest teraz przeszłam dużo bólu. Odkąd zaszłam w ciąże, wiedziałam, że będę karmić piersią. Nie ma nic lepszego niż mamine mleczko. We wcześniejszym poście pisałam co nie co o karmieniu, ale tu opisze dokładniej.
    Po porodzie dostałam małą na klatkę i po zszyciu, pielęgniarki pomogły przystawić mi małą do piersi. Leżałam może z nią tak pól godziny, no i przystawiłam do drugiej. zauważyłam na sutku - nawet nie wiem jak to opisać - pęcherzyki. Gdy tylko przyszła pielęgniarka spytałam się czy to jest normalne, dużo mi nie powiedziała, jedynie, że mam to pokazać dla pielęgniarki połogowej z kraamzorgu. Tutaj w szpitalu nie przywiązują do tego uwagi, od tego jest kraamzorg by pomógł i nauczył prawidłowo przystawiać do piersi. Wróciliśmy z małą do domu i za 2 godziny przyszła pielęgniarka. Sprawdziła małą mnie i zaczęłyśmy przygodę z karmieniem. Pierwsze co usłyszałam, że mam idealne sutki dokarmienia, że mała nie powinna mieć problemu z łapaniem. No i tak było, mała idealnie ssała, bardzo się cieszyłam. Jednak z czasem zaczęły mnie boleć sutki. Były czerwone, delikatnie poranione. Z godziny na godzinę było co raz gorzej. Na drugi dzień ból był niesamowity. Nie dość, że karmienie sprawiało ból, to obkurczająca macica powodowała, że czułam się jak podczas porodu. Zanim przystawiłam małą, musiałam wsiąść parę głębokich wdechów i dopiero dać jej sutka do ssania. Gdy już to zrobiłam to z bólu wykręcało mi nogi i pojawiały się łzy. Miałam chwile zwątpienia. Tak mnie bolało, że chciałam przestać karmić. Czułam się jak podczas porodu. Jednak pomyślałam sobie, ze jak wytrzymałam poród to i to wytrzymam. Zaczęłam smarować piersi  własnym mlekiem, na zmianę z bephantenem i wietrzyłam piersi. Na przyszłość będę wiedziała aby kupić też nakładki, aby nie szorowały sutki o materiał. Z dnia na dzień robiło sie co raz to lepiej. Cieszyłam się, że wszytko szło w dobrym kierunku, że możemy w końcu czerpać z tego przyjemność. Karmimy, aż do teraz - 17 lipca Lena, będzie miała 5 miesięcy. Mam nadzieje, że natura będzie nam sprzyjać jeszcze długo.

~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~ * ~

 A tak tworzymy, PRZYJEMNOŚCI :*

Kraamzorg/połóg

    Gdy się dowiedziałam, że w Holandii po porodzie praktycznie od razu wypisują byłam lekko zdziwiona i zaniepokojona. Przecież kto mi wytłumaczy jak zająć się mała itp. przecież, ja się nie znam, a nie mam tu nikogo, kto mi pomoże. Okazało się jednak, że po porodzie, gdy przyjeżdża do domu po paru godzinach przychodzi Pani pielęgniarka z kraamzorgu, która zajmuje się matką i dzieckiem przez cały tydzień, po 6 godzin dziennie. Sprząta, gotuje, a jeżeli ma po drodze to może nawet zrobić zakupy.
    Kraamzrog wybiera się samemu w miejscu naszego zamieszkania lub jeżeli nie ma to najbliższy jaki jest. Parę miesięcy przed przed porodem, przychodzi kobieta, która zbiera dane o nas. Od miejsca zamieszkania, po partnera i jak chcemy karmić maleństwo oraz wręcza "dzienniczek" połogu. Miałam cudowne kobietki z Kajtka (Kajtek Polski Kraamzorg).
    Gdy tylko wróciłam po porodzie z małą do domu, zadzwoniłam na numer dyżurujący kraamzorgu i usłyszałam, że za 2 godziny ktoś do mnie przyjedzie. Tak czas szybko mi minął, że nawet nie zdążyłam się obrócić i usłyszałam dzwonek do drzwi. Przywitałyśmy się i zaczęła mi wszystko tłumaczyć. Zważyła małą, zmierzyła jej temperaturę, zmieniła pampersa itp. Potem zajęła się mną, zmierzono temperaturę, sprawdziła jak obkurcza się macica i jeszcze różne inne rzeczy. Zanotowała wszystko w "dzienniczku". No i zaczęła się nasza przygoda z karmieniem. Pokazała mi jak przystawiać małą do piersi. Powiedziała, że mam idealne piersi do karmienia więc problemów nie powinniśmy mieć z tym. Zajęło ogólnie nam to wszystko godzinę, a przez resztę czasu rozmawiałyśmy, dopytywałam się jej różnych rzeczy bo sama jest mamą. Po upływie wyznaczonego czasu zostałam sama, musiałam sama dać rade, gdzie ja bez pomocy Marcina nie wstawałam z łóżka. Spięłam pośladki i powiedziała sobie, że dam rade. Karmiłam małą co 3 godziny.
    Kolejnego dnia było to samo, badała małą i mnie. Waga dla malucha ponownie spadła , ale jeszcze było w granicach. Okazało się, ze miałam olbrzymiego krwiaka i byłam strasznie opuchnięta po porodzie dlatego mnie tak bolało. Zaleciła mi robić zimne okłady, żeby jakoś sobie ulżyć, a na prawdę było ze mną ciężko, ledwo siadałam. Na wieczór zrobiłam tak jak mówiła, a na kolejny dzień już chodziłam. Za to karmienie było męką. Tak bolały mi sutki, że zanim małą przystawiłam musiałam zrobić parę głębokich wdechów, a po chwili, gdy już ssała zalewałam się łzami, bo nie dość, że bolały mi sutki to skurcze macicy były tak silne, że czułam się jakbym znów rodziła (po 4 dniach macica była juz na swoim miejscu). Momentami myślałam, żeby zacząć ją karmić butelką, jednak się nie poddałam, nie chciałam tracić tej bliskości, tych naszych i TYLKO NASZYCH momentów. Cieszyłam się, że okłady pomogły, bo przyszła na czwarty dzień też do nas pani fotograf z tego kraamzorgu, zrobić parę zdjęć. Dostaliśmy też od nich tort z gratulacjami, tak dobrego tortu NIGDY nie jadłam. W ten dzień niby wszytko pięknie ładnie, ale okazało się, ze znów dla małej waga spadła i, że będę musiała ja dokarmiać. Praktycznie się popłakałam, napłynęły mi łzy do oczu, ale nie chciałam płakać przy obcych dla mnie ludziach. Tak bardzo, chciałam karmić piersią, byłam bardzo przeciwna sztucznemu mleku, tak walczyłam sama ze sobą by karmić, a tu coś takiego. Marcin szybko pobiegł po mleko do sklepu, a my zostałyśmy i zaczęła mi tłumaczyć metody karmienia. Gdy tylko wrócił ze sklepu, nakarmiliśmy małą łyżeczką, żeby umiała ciągać pierś. Zjadła. Siedziałyśmy tak z pielęgniarką i rozmawiałyśmy i powiedziała, ze nie chce się jej wierzyć, że mała znów mała tyle schudła. Rozebrała mała jeszcze raz i postawiła wagę w innym miejscu. Przytyła, nie chudła. Przytyła! Tak sie ucieszyłam, kamień spadł mi z serca. Jestem tak jej wdzięczna, że jednak jeszcze raz ją zważyła, tak to bym tuczyła moją perełkę. Na kolejny dzień było juz dobrze, piersi nie bolały, mała znów przytyła, tylko problem z ulewaniem. Położna ustaliła, żebym karmiła ja po 7 min z każdej piersi(potem sama z siebie przeszłam na 5min bo po 7 było dalej to samo) co 2 godziny. Najgorzej było w nocy, nie zdążyłam sie położyć a znów musiałam wstać ją karmić. Jednak szybko się przyzwyczaiłam. Kolejny dzień był dniem, kiedy pobierali krew z piety dla małej. Jest to robione by wykryć rzadkie choroby. Przyszła moja położna, która odebrała poród. Sprawdziła jak moje szwy i zabrała się za małą. Nakłuła jej pietę i usłyszałam płacz. Płakałam razem z małą. Był to pierwszy widok, gdy ingerują w dziecko, a ono płacze. Taka bezradność. Gdyby tylko było można, cały ten ból jaki ona doświadcza zabrałabym i przeżyłam jeszcze z większym nasileniem, oby tylko jej nie bolało. Po wszystkim mocno ją przytuliłam.
    Kolejne dni opłynęły nam w spokoju i poznawaniu siebie. Ja sama byłam już pewniejsza, co do małej i zapewne ona też to odczuwała. Przez pierwszy miesiąc mała non stop spała, więc źle nie miałam. Sama mogłam odespać całą ciąże.
    "Dzienniczek" połogu jest podzielony na 2 części: jedna strona informacje dotyczące noworodka( lista do szpitala, potrzebne rzeczy, jak przygotować łóżeczko itp.) a druga d wypełniania przez pielęgniarkę połogową. Niżej są zdjęcia jak ten dzienniczek wygląda oraz parę innych.














Dwie kreski - poród.

    Gdy byłam w Polsce, Marcin przyjechał na tydzień. Na ten czas mieliśmy zaplanowane usg 4D. Byłam podekscytowana bo tak mało widziałam swoją kruszynkę (wtedy 6 miesiąc, a widziałam ją tylko 4 razy), a teraz nawet będę mogła zobaczyć schodź troszkę jak będzie wyglądać. Nigdy do żadnego usg nie chciała pokazać jaką ma płeć ( w 20 tyg. były podejrzenia, że to dziewczynka, ale nie do końca), a na tym usg, gdzie rodzice oczekują, że zobaczą buziunie swojego dzieciaczka to nasza gwiazda wypięła tak dupke do nas, że w 100% wiedzieliśmy, że to będzie dziewczynka, dokładnie było widać płeć. Wredota już od brzucha (teraz to szkoda gadać czasem :D ).
    Wróciłam do Holandii, był to grudzień. Miałam wracać dopiero jak znajdziemy mieszkanie. Niestety były bardzo duże problemy, wszystko się opóźniało i musiałam wracać na biurowe mieszkanie. Byłam wtedy w 33 tygodniu. W końcu udało nam się coś znaleźć. Niestety w innym mieście i to tydzień przed porodem. Musiałam zmienić położną i się urządzić w mieszkaniu. Do przeprowadzki modliłam się by nie urodzić. Oszczędzałam się jak tylko mogłam. Nadszedł luty i dzień przeprowadzki, tak się cieszyłam, że będziemy we własnych 4 ścianach. 
    Trzy dni temu minął termin porodu, a młoda się nie pchała na ten świat. Robiłam wszystko co można by szybciej urodzić. Chodziłam po schodach (a trochę ich mam w domu), sprzątałam, czułości z narzeczonym, a ta jak siedziała tak i siedzi. Byłam już tak zmęczona i wykończona tym stanem, że modliłam się aby już wychodziła. Położna powiedziała, że na 5 dzień po upływie terminu, jak jeszcze nie urodzę, zrobi masaż szyjki macicy. Jak się o tym dowiedziałam to zrobiło mi się słabo. Czytałam, że to bardzo boli i czasem akcja porodowa występuje bardzo szybko.
    Był to wtorek i zachciało mi się leczo na kapuście. Zjadłam chyba z 7 talerzy, specjalnie tyle, chciałam ją czymś wygonić z siebie. Jeszcze w ten dzień trochę posprzątałam no i poszłam spać. Obudziłam się w nocy z bólem brzucha i pogoniło mnie do toalety. Myślałam, że ten ból jest spowodowany przez kapustę. Jednak odpuściło, ale za chwile znów zaczęło mnie boleć i to jak na miesiączkę. No i znów przestało. Leżałam tak jeszcze trochę. Na początku nie miałam pojęcia, że to są skurcze, bo naprawdę delikatnie pobolewało, ale z czasem co raz to mocniej. Pamiętam te słowa jak dziś "Marcin chyba to już', a on nie spał, gdyż wrócił z pracy o 23 i nie mógł spać (tak jakby jego organizm też czuł, że to już :D). Nie wiedziałam kompletnie czy to są skurcze, nigdy przecież ich nie miałam. Włączyłam aplikacje i zaczęłam mierzyć częstotliwość. Zadzwoniłam do położnej i mówię jej, że nie jestem pewna ale chyba się już zaczęło, Marcin spanikowany biegał w tle i pakował, jeszcze przybory codzienne do torby( tu się bierze tylko ubrania dla dziecka, swoje i dla siebie potrzebne przybory toaletowa, resztę zapewnia szpital). Powiedziała mi czy mogę przyjechać do danego szpitala bo ma tu jeszcze 2 porody i by sprawdziła co się dzieje (gdyby miała wolny wieczór, przyjechałaby do mnie do domu). Nagle aplikacja mi pokazuje, że mam też jechać do szpitala. Spakowani ruszyliśmy.
    Była to 4:00. Zanim doszłam na porodówkę, to nie dość, że skurcze dawały sie we znaki, to jeszcze błądziliśmy, ale w końcu trafiliśmy. Przywitała nas pielęgniarka i zaprowadziła na sale. Gdy tylko weszłam od razu poczułam się lepiej. Było bardzo przytulnie i sama świadomość tego, że już jestem pod opieką doświadczonych osób mnie rozluźniła. Pokazałam jej co ile miałam skurcze, spisała jeszcze moje dane i po chwili przyszła położna, która będzie odbierać mój poród. Sprawdziła rozwarcie - 6cm. Od razu zapytano mnie co chce cy powiedzieć czy może piłkę. Poprosiłam o szklankę wody i o nalanie wody do wanny. Gdy wszystko było gotowe, zostałam sama z Marcinem, zapalili nam świeczki i zgasili światło. Woda strasznie mi pomagała , naprawdę czułam się dobrze w wodzie. Nie powiem, że nie bolało bo jednak sie coś czuje mimo wszystko. Gdy miałam skurcz musiała być idealna cisza, gdy tylko się Marcin odezwał zaraz krzyczałam by sie zamkną. Co jakiś czas przychodziła pielęgniarka i sprawdzała bicie serca małej. Po 4 godzinach siedzenia w wannie przyszła do mnie położna sprawdzić rozwarcie. Wyjście z wody to była masakra, ale gdy tylko byłam już na łóżko to się zaczęło. Skurcze zaczęły bardzo o sobie dawać znać. Miałam już 8-9cm rozwarcie oraz przebiła mi pęcherz płodowy. Zapytała się czy chce wrócić do wanny (marzyłam o porodzie w wodzie) jednak ból tak dawał sie we znaki, że nie dałam rady wstać. Od teraz skurcze były straszne, a ja głupia zamiast oddychać (tak jak to zakładałam przed porodem ODDYCHAJ, NIE KRZYCZ poszło się walić) krzyczałam. Po paru razach zwrócenia uwagi przez położną i Marcina nauczyłam się oddychać, ale było to trudne (początek skurczu musiałam odrobinę wykrzyczeć). Miałam bóle krzyżowe, myślałam, że zaraz padnę. Położna uciskała plecy by jakoś mi ulżyć. Po chwili usłyszałam, że jak będę czuła, że zbliża się skurcz mam przeć. Traz aż wręcz prosiłam Marcina by coś mówił i mnie trzymał. Nie powiem wam jak długo to trwało, ale pod koniec o mało nie zemdlałam. Marcin mi potem opowiadał, że sam się przestraszył bo czuł jak na jego ramieniu odlatywałam. Jednak usłyszałam, że robię to dla dziecka, że już mało zostało. Zebrałam się i po chwili czułam ulgę. 8:25. Płacz. Przez pierwszą chwile widziałam jakąś siną plamę zbliżającą się do mnie, a drugie wzruszenie narzeczonego. Mała wolała Tatuśka poczuć pierwszego. Gdy Marcin chciał pomóc przy czymś dla pielęgniarki jak podawała mi malutka, to dziecina złapała go za palec. a dopiero potem ja ją poczułam. Położono mi ją na klatke piersiową. Od razu przeprosiłam Marcina za wszystkie złe słowa jakie do niego mówiłam podczas tych paru godzin i, że już nigdy więcej dzieci (teraz juz chce, ale muszę odreagować ciąże i poród, wiec za 3-4 lata można coś myśleć). Gdy łożyska też już we mnie nie było, położna zabrała się za zszywanie mnie. W moim przypadku, że zapomina się o bólu jak dziecko już jest przy tobie nie działało, było aż wręcz odwrotnie (pomimo, że dostałam zastrzyk znieczulający). Ściskałam pielęgniarkę i nawet czasem chyba krzyczałam z bólu. Miałam 4 szwy rozpuszczalne w środku i 4 o zdjęcia na zewnątrz. Gdy było po wszystkim przystawiono mi małą do piersi, zapytano nas co chcemy zjeść i po raz kolejny zostaliśmy sami. Lena nie płakała, jedynie przez chwile gdy tylko pojawiła się na tym świecie. Marcin pomógł mi przystawić ją do drugiej piersi i dalej siedzieliśmy wpatrując się w małą. Po upływie godziny, przyszły pielęgniarki, przyniosły nam jedzenie i dopiero teraz zabrały ode mnie małą by ją zbadać, ubrać itp. Ważyła 3.480g i 10/10. Nie mierzy się tu wzrostu, gdyż ponoć dla noworodków nie wolno rozprostowywać nóżek. Gdy zjedliśmy zabrano mnie pod prysznic. Posadziły mnie na krzesło i pomogły się wykąpać. Dosłownie 3 godziny po porodzie, zostałam wypisana do domu. Nie bałam się, że zostaje sam na sam z małym dzieckiem, że nic mi nie pokazano bo za 2 godziny miała przyjść do mnie pani z kraamzorgu.

To by było na tyle z mojej 9 miesięcznej przygody. Mam też dla was kilka zdjęć jak wygląda typowa holenderska porodówka i następny post będzie właśnie o pielęgniarkach połogowych (kraamzorg).


© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Freepik FlatIcon