Kraamzorg/połóg

    Gdy się dowiedziałam, że w Holandii po porodzie praktycznie od razu wypisują byłam lekko zdziwiona i zaniepokojona. Przecież kto mi wytłumaczy jak zająć się mała itp. przecież, ja się nie znam, a nie mam tu nikogo, kto mi pomoże. Okazało się jednak, że po porodzie, gdy przyjeżdża do domu po paru godzinach przychodzi Pani pielęgniarka z kraamzorgu, która zajmuje się matką i dzieckiem przez cały tydzień, po 6 godzin dziennie. Sprząta, gotuje, a jeżeli ma po drodze to może nawet zrobić zakupy.
    Kraamzrog wybiera się samemu w miejscu naszego zamieszkania lub jeżeli nie ma to najbliższy jaki jest. Parę miesięcy przed przed porodem, przychodzi kobieta, która zbiera dane o nas. Od miejsca zamieszkania, po partnera i jak chcemy karmić maleństwo oraz wręcza "dzienniczek" połogu. Miałam cudowne kobietki z Kajtka (Kajtek Polski Kraamzorg).
    Gdy tylko wróciłam po porodzie z małą do domu, zadzwoniłam na numer dyżurujący kraamzorgu i usłyszałam, że za 2 godziny ktoś do mnie przyjedzie. Tak czas szybko mi minął, że nawet nie zdążyłam się obrócić i usłyszałam dzwonek do drzwi. Przywitałyśmy się i zaczęła mi wszystko tłumaczyć. Zważyła małą, zmierzyła jej temperaturę, zmieniła pampersa itp. Potem zajęła się mną, zmierzono temperaturę, sprawdziła jak obkurcza się macica i jeszcze różne inne rzeczy. Zanotowała wszystko w "dzienniczku". No i zaczęła się nasza przygoda z karmieniem. Pokazała mi jak przystawiać małą do piersi. Powiedziała, że mam idealne piersi do karmienia więc problemów nie powinniśmy mieć z tym. Zajęło ogólnie nam to wszystko godzinę, a przez resztę czasu rozmawiałyśmy, dopytywałam się jej różnych rzeczy bo sama jest mamą. Po upływie wyznaczonego czasu zostałam sama, musiałam sama dać rade, gdzie ja bez pomocy Marcina nie wstawałam z łóżka. Spięłam pośladki i powiedziała sobie, że dam rade. Karmiłam małą co 3 godziny.
    Kolejnego dnia było to samo, badała małą i mnie. Waga dla malucha ponownie spadła , ale jeszcze było w granicach. Okazało się, ze miałam olbrzymiego krwiaka i byłam strasznie opuchnięta po porodzie dlatego mnie tak bolało. Zaleciła mi robić zimne okłady, żeby jakoś sobie ulżyć, a na prawdę było ze mną ciężko, ledwo siadałam. Na wieczór zrobiłam tak jak mówiła, a na kolejny dzień już chodziłam. Za to karmienie było męką. Tak bolały mi sutki, że zanim małą przystawiłam musiałam zrobić parę głębokich wdechów, a po chwili, gdy już ssała zalewałam się łzami, bo nie dość, że bolały mi sutki to skurcze macicy były tak silne, że czułam się jakbym znów rodziła (po 4 dniach macica była juz na swoim miejscu). Momentami myślałam, żeby zacząć ją karmić butelką, jednak się nie poddałam, nie chciałam tracić tej bliskości, tych naszych i TYLKO NASZYCH momentów. Cieszyłam się, że okłady pomogły, bo przyszła na czwarty dzień też do nas pani fotograf z tego kraamzorgu, zrobić parę zdjęć. Dostaliśmy też od nich tort z gratulacjami, tak dobrego tortu NIGDY nie jadłam. W ten dzień niby wszytko pięknie ładnie, ale okazało się, ze znów dla małej waga spadła i, że będę musiała ja dokarmiać. Praktycznie się popłakałam, napłynęły mi łzy do oczu, ale nie chciałam płakać przy obcych dla mnie ludziach. Tak bardzo, chciałam karmić piersią, byłam bardzo przeciwna sztucznemu mleku, tak walczyłam sama ze sobą by karmić, a tu coś takiego. Marcin szybko pobiegł po mleko do sklepu, a my zostałyśmy i zaczęła mi tłumaczyć metody karmienia. Gdy tylko wrócił ze sklepu, nakarmiliśmy małą łyżeczką, żeby umiała ciągać pierś. Zjadła. Siedziałyśmy tak z pielęgniarką i rozmawiałyśmy i powiedziała, ze nie chce się jej wierzyć, że mała znów mała tyle schudła. Rozebrała mała jeszcze raz i postawiła wagę w innym miejscu. Przytyła, nie chudła. Przytyła! Tak sie ucieszyłam, kamień spadł mi z serca. Jestem tak jej wdzięczna, że jednak jeszcze raz ją zważyła, tak to bym tuczyła moją perełkę. Na kolejny dzień było juz dobrze, piersi nie bolały, mała znów przytyła, tylko problem z ulewaniem. Położna ustaliła, żebym karmiła ja po 7 min z każdej piersi(potem sama z siebie przeszłam na 5min bo po 7 było dalej to samo) co 2 godziny. Najgorzej było w nocy, nie zdążyłam sie położyć a znów musiałam wstać ją karmić. Jednak szybko się przyzwyczaiłam. Kolejny dzień był dniem, kiedy pobierali krew z piety dla małej. Jest to robione by wykryć rzadkie choroby. Przyszła moja położna, która odebrała poród. Sprawdziła jak moje szwy i zabrała się za małą. Nakłuła jej pietę i usłyszałam płacz. Płakałam razem z małą. Był to pierwszy widok, gdy ingerują w dziecko, a ono płacze. Taka bezradność. Gdyby tylko było można, cały ten ból jaki ona doświadcza zabrałabym i przeżyłam jeszcze z większym nasileniem, oby tylko jej nie bolało. Po wszystkim mocno ją przytuliłam.
    Kolejne dni opłynęły nam w spokoju i poznawaniu siebie. Ja sama byłam już pewniejsza, co do małej i zapewne ona też to odczuwała. Przez pierwszy miesiąc mała non stop spała, więc źle nie miałam. Sama mogłam odespać całą ciąże.
    "Dzienniczek" połogu jest podzielony na 2 części: jedna strona informacje dotyczące noworodka( lista do szpitala, potrzebne rzeczy, jak przygotować łóżeczko itp.) a druga d wypełniania przez pielęgniarkę połogową. Niżej są zdjęcia jak ten dzienniczek wygląda oraz parę innych.














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Freepik FlatIcon